| |
Franciszek i Klara. Imię dziewczyny jest łacińskie. Klara
znaczy Jasna. Hagiografowie, wymieniwszy dwa te imiona, stąpać
zaczynają jak po lodzie, a całkiem nie wiadomo, dlaczego. I
piszą o "czystej przyjaźni" zupełnie tak, jakby chcieli
powiedzieć, że miłość musi być brudna. Może. Nie musi. A Klara
kochała Franciszka. Zwyczajnie. Kochała go już wtedy, gdy był
burzliwym chłopakiem, który świetnie trzymał się na koniu i
wołał, że wróci księciem...
Ale
Franciszek nie wrócił księciem. Mówiono natomiast, że oszalał
i włóczy się z żebrakami. Bardzo to dziwne: nie przestała go
kochać. Była naprawdę mądrą dziewczyną: zrozumiała, co stało
się naprawdę. Pan położył rękę na tym człowieku. Zrozumiała:
jeśli chce Franciszka, musi pójść tam, gdzie jest Franciszek.
A Franciszek był w ręku Pana.
Mogła wszystko popsuć najgłupiej, albo wszystko zdobyć. To
drugie było trudne i strome. Była jednak rycerskim dzieckiem,
a cokolwiek kwaśnego dałoby się powiedzieć o średniowiecznym
rycerstwie, jednego przynajmniej nigdy im odmówić nie można:
odwagi. Klara była odważna. Stary pan na zamku rozumował po
swojemu i bał się, że dziewczyna zwyczajnie ucieknie z
narwańcem na zapalone drogi Italii. Jakoż i stało się tak, ale
całkiem inaczej. Istotnie wykradł ją Franciszek. Uciekła do
niego nocą...
Tej
samej nocy obłóczono ją... brunatną franciszkańską opończą w
maleńkim kościółku San Damiano, gdzie każdy kamień miał
jeszcze w sobie ciepło jego dłoni. A ucięte jej włosy złożył
Franciszek na ołtarzu mniemając, że cenne są niby złoto.
Schował ją ten zazdrośnik tak, że nawet papież nie mógłby ich
rozdzielić. Klara znalazła się tam, gdzie naprawdę był
Franciszek: w ręku Pana. Zresztą nigdy nie stracili kontaktu.
Pielęgnowała go w chorobie, zaś w wirydarzu bardzo ubogim
kwitły kwiaty tylko dla Franciszka. I nie ma czemu się
dziwować.
Zrozummy: dla tych ludzi Bóg był taką samą rzeczywistością,
jak romans Romea i Julii. To nic, że Julię wymyślił Szekspir;
toć w każdym italskim miasteczku byli najżywsi i prawdziwi
młodzi kochankowie. A oni (Franciszek i Klara) to sobie
ustawili inaczej. Bywa. W końcu Beatrycze też nie była nigdy
kochanką Dantego. Zostawmy więc w spokoju Franciszka i Klarę.
Niechże sobie mają tę swoją miłość taką, jaką chcieli mieć.
T.
Żychiewicz, Ludzkie drogi, Kraków 1981 |
|